strona główna | 1.2 teologia ciała - komentarzemężczyzna i kobieta - dwa sposoby bycia człowiekiem faceci to tylko o jednym

faceci to tylko o jednym


Antonio Canova, Cupid i Psyche



Czy znaleźlibyśmy choć jedną kobietę czy żonę, która by choć raz w życiu nie powiedziała lub nie pomyślała “Faceci to tylko o jednym”? Pewnie byśmy znaleźli, ale wydaje się, że mężczyźni bardzo często postrzegani są przez kobiety, jako ci, którzy tylko to jedno mają w głowie. Co to takiego? Seks! A czy to coś złego?

   Jest takie powiedzenie: „Piękne jest to, co jest kochane”. Mężczyźni są stworzeni po to, by kochać kobiety. A kiedy naprawdę kochają, to ukochana jest dla nich najpiękniejsza. Owszem, zauważają, że inne kobiety są ładne, zgrabne itd., ale urok obcych nie ma dla nich wtedy niebezpiecznego magnetyzmu, ponieważ ich serce, uczucia, myśli i pożądanie należą do ukochanej, bo u niej znajdują swoje spełnienie. Czy jednak faktycznie znajdują? Wydaje się, że kobiety często nie bardzo rozumiejąc, jak kochają mężczyźni, nie pozwalają im siebie kochać. Może brzmi to trochę dziwnie, ale wbrew pozorom, nie jest to pozbawione sensu. Gdyby było inaczej, może nie byłoby tak powszechnego tematu „bolącej głowy”, nie byłoby tylu zdrad, nie byłoby tylu niewierności, rozwodów, nieudanych małżeństw z powodu różnic charakterów (za czym jakże często kryje się wstydliwie niewypowiadane tzw. niedopasowanie pod względem seksualnym). I bynajmniej nie oznacza to, że wina leży wyłącznie po stronie kobiet. I kobietom i mężczyznom potrzebne jest odkrycie na nowo piękna, dobra  i unikalnej wartości współżycia seksualnego. Potrzebne jest też właściwe zrozumienie, dlaczego “im tylko jedno w głowie” i dlaczego to wcale nie musi być złe.

    Mąż patrzy na swoją żonę i kocha ją tak, jak mężczyzna, czyli dokładnie tak, jak to opisał autor „Pieśni nad pieśniami” - nazywając ją swoją przyjaciółką, siostrą i oblubienicą, zachwyca się jej pięknem, urokiem jej nóg, piersi i ust, linią bioder: „Jak piękne są twe stopy w sandałach, księżniczko! Linia twych bioder jak kolia, dzieło rąk mistrza. Łono twe, czasza okrągła: niechaj nie zbraknie w niej wina korzennego! Brzuch twój jak stos pszenicznego ziarna okolony wiankiem lilii. Piersi twe jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli. Szyja twa jak wieża ze słoniowej kości” (Pnp 7,2-5). Tak może pisać tylko zakochany mężczyzna. Bez specjalnych naukowych analiz widać, że w opisie tej księgi biblijnej spostrzeżenia Oblubieńca w odniesieniu do Oblubienicy wyraźnie koncentrują się przejawach jej zewnętrznego piękna. A jednak jakby wbrew temu, w tych opisach jest zawarty przede wszystkim zachwyt, wzruszenie i uwielbienie, a nie po prostu i wyłącznie pożądanie. Tym bardziej nie są one wyrazem przedmiotowego traktowania kobiety. Tak więc jeżeli ktoś by powiedział, że jeśli mąż chce zachwycić się pięknem piersi swojej żony i ofiarować im sto pocałunków, to wtedy traktuje ją przedmiotowo i jedynie myśli o seksie, to w takim razie ów Oblubieniec z Pieśni nad pieśniami musiałby być uznany za zwykłego rozpustnika. Normalny, zdrowy mężczyzna tak właśnie kocha swoją kobietę. I mniejsza wtedy o rozmiary i proporcje, bo dla tego mężczyzny „piękne jest to, co jest kochane”! A nawet więcej: najpiękniejsze! O tym właśnie czytamy w innym miejscu tej samej księgi: „Sześćdziesiąt jest królowych i nałożnic osiemdziesiąt, a dziewcząt bez liczby, [lecz] jedyna jest moja gołąbka, moja nieskalana…(Pnp 6, 8-9). Ta męska forma adoracji ma swoje normalne i naturalne miejsce w miłości i wcale nie trzeba się tego lękać. Lęk pojawia się wtedy, kiedy nie ma pewności, a pewność jest jedynie w miłości. W miłości nie ma takiego lęku. Jest za to tęsknota za ukochaną, troska o nią, zachwyt, chęć bycia z nią. Jeżeli jest taka miłość, to wcale nie trzeba „chować jego oczu do swojej kieszeni”. Wręcz przeciwnie – niech patrzy, niech syci swój wzrok, duszę swoją, niech podziwia i kocha – jakże piękną, swoją, jedyną – Oblubienicę.

     Jest taka piękna scena w filmie Kazimierz Kutza „Pułkownik Kwiatkowski”, w której dopiero co poślubieni małżonkowie muszą się rozstać, bo tytułowy pułkownik Kwiatkowski zostaje aresztowany przez UB. Wtedy jego żona prosi go, by rozpiął jej bluzkę i staje przed nim z odsłoniętymi piersiami. Ona patrzy mu w oczy, a on patrzy na jej piersi i płacze mówiąc: „Taką zapamiętam cię do końca życia”. I co? Seks? Nieprzyzwoitość? Bynajmniej. To właśnie wzruszenie, o którym tu piszę.  Obraz faceta, który całym sercem kocha kobietę (tak jak mężczyzna!) i kobiety, która kocha pozwalając się kochać.

     W takiej miłości, w takim wzruszeniu, najlepiej znajduje się to szczególne nabożeństwo małżonków względem siebie, które potocznie jest zwane współżyciem małżeńskim lub seksualnym. Celowo napisałem „szczególne nabożeństwo”, bowiem idąc za słowami Pieśni nad pieśniami, Oblubieniec adoruje Oblubienicę, czci ją, podziwia, wzrusza się jej pięknem, cieszy się nim, obdarzając ją sobą, swoimi uczuciami, pieszczotami, ciepłem, bezpieczeństwem. I to nie jest, jak mówią niektórzy, zasadniczo eros, czyli jakby jakaś gorsza, czy mniej szlachetna forma miłości. Wręcz przeciwnie, to jest sacrum, czyli święte. I nabożeństwo, to jest właściwe słowo. Nie należy dzielić człowieka na kawałki i nie należy dzielić jego miłości na warstwy lepsze i gorsze. Ona ogarnia całego człowieka i wyraża się we wszystkich ludzkich wymiarach, a tu w szczególny sposób poprzez znaki ciała. Mężczyzna wyraża to na sposób męski, a kobieta na sposób kobiecy. W tym nabożeństwie komunia osób naprawdę wyraża się poprzez ciało, ale z drugiej strony te komunijne znaki ciała bez harmonii (komunii) w sferze ducha, stają się profanacją i świętokradztwem!

    Życie niesie ze sobą mnóstwo trudności, powstają konflikty, zranienia i czasem naprawdę brak jest uczuciowego klimatu dla zbliżenia, a czasem po prostu troski i zmartwienia zbyt mocno dotknęły kobietę, by „miała ochotę na seks”. Tyle, że mądra i kochająca kobieta powinna umieć to przekazać mężczyźnie tak, by nie poczuł się odrzucony. I to wcale nie jest trudne. Jak? A wystarczy choćby małe przytulenie, wyjaśnienie, nic specjalnego, ale cokolwiek, jakiś gest, jakieś słowa, w których będzie zawarty przekaz miłości, „zależy mi na tobie”, „kocham cię”, „potrzebuję teraz twojej cierpliwości i wyrozumiałości”. To bardzo ważne. Bo zwyczajna odmowa, czy okazanie niechęci do zbliżenia bez jakiegokolwiek innego pozytywnego komunikatu ze strony żony, w doświadczeniu mężczyzny może być odebrane jako odrzucenie. A nie jest dobrze, gdy ktokolwiek czuje się odrzucony. Natomiast pozytywna komunikacja zamienia tę potencjalnie negatywną sytuację w coś, co rodzi głębszą więź. To całe przeżycie może stać się ich wspólnym, i wtedy to nie jest tylko tak, że on chce, a ona nie i tyle, czyli wyłącznie negatywnie, ale zmienia się w chociaż on chce, a ona nie, to on kocha ją, a ona jego, bo wzajemnie starają się siebie zrozumieć, bo nawet w takich chwilach pozostają dla siebie darem.

    I nie chodzi tu tylko o seks. Jeżeli mężczyzna naprawdę kocha, to seks bez uczuć jest dla niego bez sensu, a ma sens tylko wtedy, kiedy jest CHCIANY. Seks, który nie jest chciany, który nie ma swej wewnętrznej, miłosnej legitymacji, staje się upokorzeniem. Jeżeli więc miałoby być tak, że kobieta wewnętrznie nie pragnąc współżycia z mężem, zgadza się na nie dla „świętego spokoju”, „w imię utrzymania związku”, „małżeńskiego obowiązku” czy też „żeby nie szukał gdzie indziej”, to poniża i upokarza nie tylko siebie,  ale też swojego męża, to przekreśla miłość i komunię, to ze świętości czyni kłamstwo. I podobnie mąż, jeżeli dąży do współżycia z żoną nie licząc się z tym, czy ona tego pragnie, tak samo czyni rzecz obrzydliwą i rani tę, którą powinien kochać. Kobieta musi czuć się wolna, musi przeżywać i doświadczać wolności zarówno w darze współżycia, jak i w powiedzeniu „nie”, bez ryzyka i lęku o to, czy to nie zaszkodzi ich związkowi. Mało tego, ona też musi w takiej sytuacji poczuć, że nadal jest kochana, że może liczyć na zrozumienie ze strony męża, że są blisko niej jego uczucia, opieka, siła, czułość, choć wyrażona inaczej. I kochający mąż też te dobre uczucia musi umieć żonie zakomunikować: pocałunkiem, przytuleniem, miłym słowem.

    Niestety, chyba jednak dość często bywa i tak:  „dzisiaj nie mam ochoty”, „śpij”, „źle się czuję” itd. raz, drugi, dziesiąty, dwudziesty, z życia małżonków znika nie tylko seks, ale też uczucia. Oblubienica jest nieustannie zajęta: dziećmi, życiem innych (w tym także bohaterów seriali typu „M jak miłość”), aktywnością zawodową, społeczną, ciekawymi powieściami czytanymi przed snem, a w końcu jest zbyt zmęczona. Czy to coś złego? No, nie, oczywiście, że nie. Tyle tylko, że dla Oblubieńca nie zostaje jej już nic. Jak to nic? No przecież dla niego gotuję, dla niego piorę, dla niego sprzątam, wszystko robię dla niego! A on? No właśnie on! Ciągle go nie ma, tylko siedzi w tej pracy, a jak już przyjdzie, to nie ma z niego żadnego pożytku, o, i nawet jajko obiera nie od tej strony, jak się powinno… A Oblubieniec, choć dostanie obiad, jak wróci z pracy, to jeszcze pragnie JEJ. Bo jak siedział w pracy to tęsknił za nią… Owszem, cieszą go dzieci, i obiad, i czyste koszule, ale … dopiero w drugiej kolejności. Bez miłości Oblubienicy, czyli także bez możliwości zakomunikowania przez Oblubieńca miłości względem Oblubienicy w sposób właściwy mężczyźnie i bez miłosnego przyjęcia tego wyznania przez Oblubienicę, cała reszta gaśnie. A do tego potrzebny jest jej czas wyłącznie dla nich dwojga, czas na wyrażenie miłości, na adorację i na przyjęcie tego wyznania, na odpowiedź Oblubienicy, tak jestem twoja i kocham ciebie. To wydaje się takie oczywiste i w tej oczywistości takie niepotrzebne. A jednak właśnie przez to, że jest to często lekceważone i pomijane, ziemia małżeńskich uczuć wysycha. Niepostrzeżenie płomień miłości jakby traci blask, przestaje przyciągać swoim ciepłem. Chwilę potem miłość leży już blada i nijaka, jak organizm w stanie wegetatywnym. Niby nie umarła, niby żyje. On już też nie ma ochoty na seks, bo Oblubienica go nie chce, bo go odrzuca. Oblubienica też nie ma ochoty na seks, bo nie czuje się kochana i też czuje się porzucona. Smutne to, bo wtedy właśnie, kiedy miłość nie znajduje swojego spełnienia w życiu małżonków, przychodzą pokusy. Szatan bardzo chętnie przychodzi na te opustoszałe miejsca i zaczyna na nich własne uprawy.

   Ona i on muszą siebie nieustannie nawzajem szukać, przebaczać, a nade wszystko umieć zobaczyć to, że w tych wszystkich trudnościach i pomimo wszystkich niedoskonałości, to nadal jest ten sam Oblubieniec, ta sama Oblubienica. Co najmniej równie cudowni, jak w chwili pierwszego zachwytu. Kto wie, czy wtedy ludzie nie są najbliżsi prawdy o sobie – tym zachwyconym spojrzeniem najbardziej kochając i potwierdzając dobro, które w nich jest. Może tak właśnie patrzy na nas Bóg, wzywając byśmy to dobro podjęli, byśmy go nie zagubili, abyśmy nie pozwolili, by przesłoniły go chwasty.

    Cóż, nie ma żadnych wątpliwości, jeżeli chodzi o kobietę i mężczyznę, to różnią się bardzo. Jeśli chodzi o przeżywanie i komunikowanie miłości również. A jednak, i ona i on, jednego i drugiego potrzebują, jak powietrza i wody. Wniosek z tego taki, że wcale nie będzie im łatwo spotkać się ze sobą, być ze sobą, w tym także w tych bardzo intymnych przestrzeniach. Tym bardziej trudno, że od dziecka z ekranów karmieni są obrazami spontanicznej i łatwej miłości, która niemal zawsze płynnie, bezproblemowo i harmonijnie kończy się w łóżku. Nie są jednak bez szans. Ale muszą zdać sobie sprawę z tego, że naturze miłości jest zdecydowanie bliżej natury rośliny, o którą trzeba nieustannie się troszczyć, by nam nie zwiędła i miała się dobrze, niż natury soczystego i dojrzałego jabłka, które, ot tak sobie, jest gotowe do tego, by je zerwać z gałęzi drzewa i zjeść.  

    Na zakończenie dedykuję czytelnikom miłosny dialog Oblubieńca i Oblubienicy z Księgi Pieśni na pieśniami:


O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna, umiłowana, pełna rozkoszy! Postać twoja wysmukła jak palma, a piersi twe jak grona winne. Rzekłem: wespnę się na palmę, pochwycę gałązki jej owocem brzemienne. Tak! Piersi twe niech mi będą jako grona winne, a tchnienie twe jak zapach jabłek. Usta twoje jak wino wyborne, które spływa mi po podniebieniu, zwilżając wargi i zęby.

Jam miłego mego i ku mnie zwraca się jego pożądanie. Pójdź, mój miły, powędrujemy w pola, nocujmy po wioskach! O świcie pospieszmy do winnic, zobaczyć, czy kwitnie winorośl, czy pączki otwarły się, czy w kwieciu są już granaty: tam ci dam miłość moją. Mandragory sieją woń, nad drzwiami naszymi wszelki owoc wyborny, świeży i zeszłoroczny dla ciebie, miły mój, chowałam. (Pnp 7,7-14)

    „Im tylko jedno w głowie” ???  Jeśli TAK, to oby tak.


Antoni Krosny